Jak macie ochote to zapraszam na strone:
http://www.marinetraffic.com/no/ais/home/
napiszcie nazwe lodzi na ktorej plyne: Kvitebjoern i bedzie widac ostatnie zalogowane miejsce.
21/06/2014
retrospekcja: Kolumbia (czerwiec - wrzesien 2009)
Zabawnie musiałam wyglądać jak się dowiedziałam dokąd mogę jechać na praktykę z IAESTE (organizacji studenckiej na Politechnice Warszawskiej). Ciągle chodziła mi po głowie Azja i w sumie już się widziałam oczami wyobraźni gdzieś w dalekiej Indonezji czy na Filipinach. A tu taka niespodzianka: Kolumbia. Zupełnie inny kierunek, ale w sumie brzmi ciekawie. Ofertę oczywiście przyjęłam, mimo że o Kolumbii wiedziałam tyle, co o budowie statku kosmicznego. Przez kolejne parę miesięcy przed wyjazdem byłam mocno zajęta: pisaniem pracy magisterskiej, kończeniem 5 roku na Politechnice Warszawskiej i 2 roku na Uniwersytecie Warszawskim. Jednocześnie ubiegałam się o stypendium z Programu Leonardo da Vinci, więc byłam zarobiona po pachy. W Bogocie miałam pracować w języku angielskim na Universidad de la Sabana, więc naukę hiszpańskiego zostawiłam na pobyt w Kolumbii. Do Bogoty leciałam z Emilią, która miała swoją praktykę w Armenii. Mój znajomy: Julian był bardzo miły, odebrał nas z lotniska i ugościł przez pierwsze parę dni u siebie w domu. Zabawnie było komunikować się z Jego Mamą Consuela i bratem Santiago po migowemu i na uśmiechy. Czułam się jak małe dziecko, codziennie ucząc się nowego słowa po hiszpańsku. Julian i jego rodzina bardzo mi pomogli na początku. Nauczyli mnie pierwszych wyrażeń po hiszpańsku, np.: Tienes pedos? Co tak naprawdę oznacza, czy masz gazy a nie jak mi powiedzieli: milo mi cię poznać - hahaha, taki mały żarcik. Mój Uniwersytet zapewnił mi zakwaterowanie w domu katolickim dla dziewcząt, czyli miejscu idealnym dla mnie. Święta Maria, która sprawiała rządy w tej złotej klatce próbowała ograniczyć moją wolność i kazała wracać przed 9… taaaa chyba rano efekt był taki, że bardzo szybko znalazłam nowe mieszkanie na rogu 33 i 30. Na Uniwersytecie okazało się, że jednak nikt nie rozmawia po angielsku, więc kontynuowałam migowy. Moja szefowa: Patricia wysłała mnie na kurs hiszpańskiego, gdzie poznałam nowych super znajomych: Jamesa, Sabrice, Michelle itd. Razem ze mną na wydziale pracował jeszcze Roman z Izraela. Głównie zajmowaliśmy się PR`em po angielsku i prowadzeniem zajęć integracyjnych dla studentów. Całkiem interesujące zajęcie. Niestety już nie pamiętam moich wszystkich współpracowników, ale Juan Pablo, Gonzalo i Bernardo zapewne na bardzo długo zostaną w mojej pamięci. Zawsze bardzo mi kibicowali jak mówiłam, gdzie się znowu wybieram w kolejną podróż po Kolumbii. A podróży było naprawdę sporo i śmiało mogę powiedzieć, że Kolumbię znam lepiej niż nie jeden Kolumbijczyk. W kolejnych postach opiszę w bardzo dużym skrócie miejsca, które udało mi się odwiedzić. Samo życie w Bogocie upływało mi bardzo przyjemnie, choć dosyć zwariowanie. Łącznie byłam w Kolumbii 3 miesiące, w tym jedynie 2 weekendy spędziłam w Bogocie, a resztę w podróży po tym pięknym kraju. Grafik zawsze wyglądał tak samo. W czwartek bądź piątek po pracy nocny autobus do… cały weekend zwiedzania i powrót w poniedziałek raniutko, żeby zdążyć wziąć prysznic i ruszyć do pracy. Poniedziałek – piątek praca w Chia na Universidad de la Sabana, a wieczorami spotkania z moimi przyjaciółmi: Julianem, Pablo, Cristal, Catherina, Danielem, Felipe, Jamesem, Romanem, Luisa, Andersonem, Sabrice i wieloma innymi. Później poznałam jeszcze Fabiana i moją przyjaciółkę Dagmarę. W Bogocie czułam się jak w domu, miałam moich przyjaciół, swoje mieszkanie, swój sklep, bar z Guayabo, autobus B11 i B12 do Portal del Norte itd. Chipsy z Yuka i Aguariente. Zona Rosa, Candelaria, Chicle, Mani, Caramelo i wiele wiele innych. Podejrzewam, że gdybym nie miała egzaminu magisterskiego i stypendium w Niemczech od października zostałabym w Kolumbii dłużej, dużo dłużej, ale życie pisze swój scenariusz i najwidoczniej ma dla mnie inny plan. Te 3 miesiące w Kolumbii były najpiękniejszym czasem w moim życiu. Ta radość, salsa, przygoda i trwające do dzisiaj przyjaźnie są czymś wyjątkowym. To taka magia Kolumbii, kto nie spróbuje, nie odwiedzi ,nie zrozumie tego. Z Dagmarą zawsze wspominamy Kolumbię z wielkim uśmiechem na twarzy. Kolumbia chyba też mnie polubiła, ponieważ z powodu problemów linii lotniczych wyleciałam 5 dni później niż wstępnie zaplanowane. Nawet przy powrocie czekała na mnie niespodzianka, ponieważ nowy lot dostałam przez Frankfurt, więc czekała mnie impreza powitalno-pożegnalna w Darmstadt, w którym mieszkałam przez rok na wymianie studenckiej Erasmus.
Skjervøy, Norwegia
Z Harstad mieliśmy jeszcze zahaczyć o Senja, ale wyglądało na to, że coś nam szwankuje jeden alternator. W związku z tym, aby zdążyć przed weekendem płynęliśmy prosto do Skjervøy. W sumie to dobra zaprawa 24 godzinna przed wyruszeniem na Bjornøya, czyli Misiową Wyspę. Trasa ze Skiervoy do Bjornoya zajmie nam mniej więcej 2,5 dnia żeglowania bez przerwy i widocznego lądu. Mam nadzieję, że pogoda dopisze, bo chyba troszkę zaczynam się bać. W Skjervøy jemy pyszną kolację ze Stig`iem, jego żoną i ich znajomymi z Belgii, którzy od lat podróżują do Norwegii na wakacje. Fajnie posłuchać ich opowieści. Jako, że pogoda na razie nie dopisuje, czekają nas 2 dni przerwy i odpoczynku przed wymagającym odcinkiem. Jakoś specjalnie mi to nie przeszkadza. Czas wolny spędzam bardzo przyjemnie. Nadrabiam czytanie książek, medytuję i nadal nie mogę się nadziwić jak dużo mi się śni. Podróż po Ameryce Południowej była fascynująca i niezapomniana, aczkolwiek bardzo aktywna i męcząca. Teraz natomiast, po burzliwych momentach żeglowania mam sporo czasu na przemyślenia, czytanie i napawanie się przepięknymi widokami. A to dopiero początek, bo mam jeszcze 45 dni przed sobą… W poniedziałek wypływamy na Bjornøya.
18/06/2014
Harstad, Norwegia
Dzięki pisaniu bloga orientuję się jaka dziś jest data. Dopiero jestem 5 dni na łodzi, a już mam problemy z nadrobieniem zaległości, bo każdy dzień jest podobny. Oczywiście mój plecak nie doleciał ze mną do Bodo, więc od razu na wstępie było mi dosyć zimno. Chyba najgorsza jest myśl, że to się nie zmieni przez najbliższe 50 dni…
Poznaję się z kapitanem: Berthold`em. Pierwsze wrażenie bardzo dobre, miejmy nadzieje, że tak też zostanie. Pierwszy dzień mija na organizacji. Następnego po sprawdzeniu czy wszystko działa i uzupełnieniu zapasów ruszamy na północny wschód wzdłuż linii brzegowej. Muszę „nauczyć się” łódki. Nasza to: Saxo 38, ma tyle lat co ja, więc młoda sztuka 12 metrów, stalowa, bardzo ładnie utrzymana. Wiatr od razu wieje mocno pięknym baksztagiem. Zatrzymujemy się w Brunvaer na kotwicy. Po ciężkim dniu nawet zasypianie w bujającej łodzi przy pełnym słońcu nie jest problemem.
Czytając nową książkę wpadam na ciekawy cytat: „a restless travelers whose destination could not be found on any map…” fajnie, że już mnie w książkach opisują. Oprócz Siddhatha, Hermana Hessa, czytam podręczniki żeglowania i historię Spitzbergena. Mam nadzieję, że mi się to wszystko nie pomiesza.
Przez kolejne parę dni płyniemy na wschód. Mijamy przepiękne Lofoten, Westfiorden, bardzo wąski fiord Raftsundet i przy mocnym wietrze ok. 7 docieramy do Risoyhavn.Po drodze silnik wymaga małej naprawy, więc czekając na brakującą część zatrzymujemy się na trochę dłużej w Harstad. Oglądam poprzednie reportaże mojego kapitana i powoli nabieram ochoty na rejs w zimie, ale biorąc pod uwagę moje obecne zamarzanie może to jeszcze przemyśle.
O dziwo nadal nie dopadła mnie choroba morska. Podejrzewam, że jak tylko wypłyniemy na pełne morze, to szybciutko się pokaże… Trochę ciepło mi się robi na samą myśl 3 dniowego płynięcia bez przerwy. Jednak mam nadzieję, że pogoda będzie trochę przyjaźniejsza niż dotychczas. No nic, na razie gorąco pozdrawiam i obiecuję, że po powrocie będę się wygrzewać na słońcu.
Poznaję się z kapitanem: Berthold`em. Pierwsze wrażenie bardzo dobre, miejmy nadzieje, że tak też zostanie. Pierwszy dzień mija na organizacji. Następnego po sprawdzeniu czy wszystko działa i uzupełnieniu zapasów ruszamy na północny wschód wzdłuż linii brzegowej. Muszę „nauczyć się” łódki. Nasza to: Saxo 38, ma tyle lat co ja, więc młoda sztuka 12 metrów, stalowa, bardzo ładnie utrzymana. Wiatr od razu wieje mocno pięknym baksztagiem. Zatrzymujemy się w Brunvaer na kotwicy. Po ciężkim dniu nawet zasypianie w bujającej łodzi przy pełnym słońcu nie jest problemem.
Czytając nową książkę wpadam na ciekawy cytat: „a restless travelers whose destination could not be found on any map…” fajnie, że już mnie w książkach opisują. Oprócz Siddhatha, Hermana Hessa, czytam podręczniki żeglowania i historię Spitzbergena. Mam nadzieję, że mi się to wszystko nie pomiesza.
Przez kolejne parę dni płyniemy na wschód. Mijamy przepiękne Lofoten, Westfiorden, bardzo wąski fiord Raftsundet i przy mocnym wietrze ok. 7 docieramy do Risoyhavn.Po drodze silnik wymaga małej naprawy, więc czekając na brakującą część zatrzymujemy się na trochę dłużej w Harstad. Oglądam poprzednie reportaże mojego kapitana i powoli nabieram ochoty na rejs w zimie, ale biorąc pod uwagę moje obecne zamarzanie może to jeszcze przemyśle.
O dziwo nadal nie dopadła mnie choroba morska. Podejrzewam, że jak tylko wypłyniemy na pełne morze, to szybciutko się pokaże… Trochę ciepło mi się robi na samą myśl 3 dniowego płynięcia bez przerwy. Jednak mam nadzieję, że pogoda będzie trochę przyjaźniejsza niż dotychczas. No nic, na razie gorąco pozdrawiam i obiecuję, że po powrocie będę się wygrzewać na słońcu.
13/06/2014
Bodo, Norwegia
Czas leci jak szalony. Juz jestem w Bodo. Wszystko super, pieknie, ekstra. Lodka gotowa, zaloga prawie tez i jak zaraz wyplywamy. Trasa w pelni uzalezniona od warunkow pogodowych. Hej przygodo :)
03/06/2014
nowa podróż 12.06 - 05.08
Kochani, wyjeżdzam z Ameryki Południowej, ale nie kończę jeszcze podróżowania. Po szybkich odwiedzinach w domku, już 12.06 wypływam z Bodo na Spitzbergen. Łącznie spędzę na morzu 56 dni, gdzie będę pierwszym oficerem :) nie jest to trudne, ponieważ płyniemy tylko w dwie osoby.
Po co? Dlaczego? A niech mi ktoś powie dlaczego nie?
Już od 10 lat chcę zrobić sternika jachtowego, ale zawsze było coś... teraz nie ma wymówki, więc czas zakasać rękawy i do roboty. Czekają mnie bardzo ciężkie 2 miesiące, ale będzie to przeżycie jedyne w swoim rodzaju. Brak telefonu, internetu. Zimno, śnieg... Taki: Stary człowiek i morze tylko w wersji bardziej hardcore`owej. Pewnie ciężko mi będzie wrzucać coś na bloga regularnie, ale obiecuję pisać wspomnienia na bieżąco i jak tylko podłączę się do satelity to zrobię update na stronce.
Tym czasem kto ma czas i ochotę, chętnie się spotkam na chwilkę wieczorkiem 07.06 bądź innego dnia do 11.06.
Pozdrawiam serdecznie, besos
Po co? Dlaczego? A niech mi ktoś powie dlaczego nie?
Już od 10 lat chcę zrobić sternika jachtowego, ale zawsze było coś... teraz nie ma wymówki, więc czas zakasać rękawy i do roboty. Czekają mnie bardzo ciężkie 2 miesiące, ale będzie to przeżycie jedyne w swoim rodzaju. Brak telefonu, internetu. Zimno, śnieg... Taki: Stary człowiek i morze tylko w wersji bardziej hardcore`owej. Pewnie ciężko mi będzie wrzucać coś na bloga regularnie, ale obiecuję pisać wspomnienia na bieżąco i jak tylko podłączę się do satelity to zrobię update na stronce.
Tym czasem kto ma czas i ochotę, chętnie się spotkam na chwilkę wieczorkiem 07.06 bądź innego dnia do 11.06.
Pozdrawiam serdecznie, besos
Ameryka Południowa w 6 miesięcy
Jutro kończy się moja przecudowna 6 miesięczna podróż po Ameryce Południowej.
Od 2009 roku było to moim największym marzeniem, żeby wrócić na ten przepiękny kontynent i bez stresu odwiedzić wszystkie interesujące zakątki w tym rejonie.
Sama nadal nie wierzę, że przejechałam taki kawał drogi, zwiedziłam takie cudowne miejsca i poznałam tylu interesujących ludzi.
Często było bardzo ciężko, czasem niewiarygodnie zimno, ale kto powiedział, że będzie łatwo? Jedno jest pewne, że było warto!! Mimo że na bieżąco opisywałam swoje przygody i robiłam masę zdjęć to niektóre przeżycia są tylko moje i nawet nie będę próbowała ich opowiedzieć. Podróżowałam równo 6 miesięcy, przejechałam trochę Brazylii, cały Urugwaj, Argentynę, Chile, kawałek Paragwaju, całą Boliwię, Peru, Ekwador i powróciłam na chwilę do Kolumbii. Łącznie na trekkingach spędziłam ok 45 dni!! Spałam w namiocie w słońcu i w deszczu, jeżdziłam autostopem, spędziłam wiele długich godzin w autobusach. Marzłam na granicy obudzona w środku nocy, zdobywałam przepiękne szczyty gór. Stanęłam na końcu świata i na równiku. Byłam na pustyni i w Amazonii. Pogubiłam sie w kopalni, bawiłam na weselach i zjeżdżałam na canopii. Jadłam bliżej nieokreślone potrawy i piłam różne bimbry własnej roboty.
Najpiękniejsze w tej podróży było uczucie wolności. To że wreszcie spełniam marzenia. Miałam okazję poznać siebie w różnych ekstremalnych sytuacjach oraz nauczyć się wielu mądrości od napotkanych na mojej drodze ludzi.
Jutro już fizyczny koniec tej przygody, ale wspomnienia zostaną na całe życie. Miejsca które odwiedziłam zostawiły ślad w moim serduszku, a ludzie których poznałam będą zawsze mile widziani w moim domu.
Bardzo się cieszę, że już za parę dni zobaczę moją rodzinę i przyjaciół. Jednak przez 6 miesięcy można się bardzo stęsknić.
Dosłownie wpadam na parę dni do Warszawy i już 12.czerwca rozpoczynam moją kolejną szaloną przygodę. Dusza podróżnika narazie ciągle wygrywa nad rozsądkiem :))
Korzystając z okazji chciałabym podziękować wszystkim wspaniałym ludziom, z którymi miałam przyjemność dzielić niezapomniane chwile w mojej podróży. Wszystkim tym, którzy zadbali, bym czuła się u nich jak u siebie w domu i miała chwilową oazę spokoju.
Cudowna Starr i Michael, z którymi przejechałam pól Patagonii, moja Monika z Agatą, które ugościły mnie w Santiago, Emilly i Fred, których spotkałam w paru państwach, moi wspaniali przyjaciele w Cordobie. J z Korei i Emma z Irlandii z którymi miałam babskie wieczory. Cudowna rodzina Susany w La Paz, z którą spędziłam tak dużo czasu. Ania, z którą zdobyłam parę szczytów w Peru i moi kochani przyjaciele w Kolumbii. I wszyscy inni, których spotkałam po drodze. Dziękuję serdecznie i do zobaczenia niedługo.
Od 2009 roku było to moim największym marzeniem, żeby wrócić na ten przepiękny kontynent i bez stresu odwiedzić wszystkie interesujące zakątki w tym rejonie.
Sama nadal nie wierzę, że przejechałam taki kawał drogi, zwiedziłam takie cudowne miejsca i poznałam tylu interesujących ludzi.
Często było bardzo ciężko, czasem niewiarygodnie zimno, ale kto powiedział, że będzie łatwo? Jedno jest pewne, że było warto!! Mimo że na bieżąco opisywałam swoje przygody i robiłam masę zdjęć to niektóre przeżycia są tylko moje i nawet nie będę próbowała ich opowiedzieć. Podróżowałam równo 6 miesięcy, przejechałam trochę Brazylii, cały Urugwaj, Argentynę, Chile, kawałek Paragwaju, całą Boliwię, Peru, Ekwador i powróciłam na chwilę do Kolumbii. Łącznie na trekkingach spędziłam ok 45 dni!! Spałam w namiocie w słońcu i w deszczu, jeżdziłam autostopem, spędziłam wiele długich godzin w autobusach. Marzłam na granicy obudzona w środku nocy, zdobywałam przepiękne szczyty gór. Stanęłam na końcu świata i na równiku. Byłam na pustyni i w Amazonii. Pogubiłam sie w kopalni, bawiłam na weselach i zjeżdżałam na canopii. Jadłam bliżej nieokreślone potrawy i piłam różne bimbry własnej roboty.
Najpiękniejsze w tej podróży było uczucie wolności. To że wreszcie spełniam marzenia. Miałam okazję poznać siebie w różnych ekstremalnych sytuacjach oraz nauczyć się wielu mądrości od napotkanych na mojej drodze ludzi.
Jutro już fizyczny koniec tej przygody, ale wspomnienia zostaną na całe życie. Miejsca które odwiedziłam zostawiły ślad w moim serduszku, a ludzie których poznałam będą zawsze mile widziani w moim domu.
Bardzo się cieszę, że już za parę dni zobaczę moją rodzinę i przyjaciół. Jednak przez 6 miesięcy można się bardzo stęsknić.
Dosłownie wpadam na parę dni do Warszawy i już 12.czerwca rozpoczynam moją kolejną szaloną przygodę. Dusza podróżnika narazie ciągle wygrywa nad rozsądkiem :))
Korzystając z okazji chciałabym podziękować wszystkim wspaniałym ludziom, z którymi miałam przyjemność dzielić niezapomniane chwile w mojej podróży. Wszystkim tym, którzy zadbali, bym czuła się u nich jak u siebie w domu i miała chwilową oazę spokoju.
Cudowna Starr i Michael, z którymi przejechałam pól Patagonii, moja Monika z Agatą, które ugościły mnie w Santiago, Emilly i Fred, których spotkałam w paru państwach, moi wspaniali przyjaciele w Cordobie. J z Korei i Emma z Irlandii z którymi miałam babskie wieczory. Cudowna rodzina Susany w La Paz, z którą spędziłam tak dużo czasu. Ania, z którą zdobyłam parę szczytów w Peru i moi kochani przyjaciele w Kolumbii. I wszyscy inni, których spotkałam po drodze. Dziękuję serdecznie i do zobaczenia niedługo.
31/05/2014
Pereira, Kolumbia
W sobotę w Pereira odbyło się wesele mojej kochanej Cristal i jej narzeczonego Juan David`a.
Jestem pod ogromnym wrażeniem super organizacji Cristal, która mając tyle na głowie zadbała również o mnie, abym bezpiecznie dojechała do Pereira z Bogoty, miała gdzie spać i w co się ubrać. Moje ubrania trekkingowe za bardzo nie pasowały na tak wspaniałą okazję.
Fajnie było pooglądać zmieniający się krajobraz do Zona Cafetera. 5 lat temu udało mi się zwiedzić Manizales i Armenię tutaj, więc tym razem nadrobię jeszcze Pereira. Jechałyśmy autem z Luisa, ale pod koniec trasy był ogromny korek i niestety dotarłyśmy bardzo późno, bo dopiero ok 23.30. Całe szczęście zdążyłyśmy na Mariachis (czyli orkiestrę Meksykańską śpiewającą serenatę dla panny młodej). Naprawdę fajna tradycja (chętnie usłyszę kiedyś taką serenatę dla siebie hahaha).
Następnego dnia przygotowania, przymiarka sukni, zrobienie pierwszego makijażu od 6 miesięcy i nawet użycie suszarki (a przepraszam, zdarzył mi się ten luksów parę razy u Moniki w Santiago :)
Ceremonia odbyła się w domu rodziców Juanda, w przepięknym ogrodzie przy zachodzie słońca. Lekki ciepły deszcz na szczęście i przepiękna tęcza. Aż mi się łezka zakręciła w oku ze wzruszenia. Cristal wyglądała cudownie, a ich przemowy były takie głębokie i naturalne.
Po ceremoni czas na imprezę. W Kolumbii atmosfera jest dużo luźniejsza, zwłaszcza w ciepłych regionach. Muzyka głównie salsa, reggeton, marengue i vallenato. Ogromne ilości aguariente (alkohol kolumbijski) i szaleństwo do białego rana.
Przepiękna ceremonia, cudowna zabawa i Państwo Młodzi jak z obrazka. Życzę im wszystkiego najlepszego. Następnym razem bawimy się na moim weselu... taaaa, taki żarcik z tym weselem.
30/05/2014
Colombia
hmmm, narazie nie mam czasu na update, bo moi znajomi baaaardzo o mnie dbają, żebym się nie nudziła.
Dziś jadę do Pereira na wesele Cristal.
Będę w Polsce 7-11 czerwca, jak ktoś ma ochotę się spotkać. Mój stary numer telefonu 504 227 6.. będzie aktywny od 07.06 godzina 12.30 :)
Potwierdzam plotki: tak od 12.06 jestem na 2 miesięcznym rejsie na biegun północny. Będzie się działo.
buźka
Dziś jadę do Pereira na wesele Cristal.
Będę w Polsce 7-11 czerwca, jak ktoś ma ochotę się spotkać. Mój stary numer telefonu 504 227 6.. będzie aktywny od 07.06 godzina 12.30 :)
Potwierdzam plotki: tak od 12.06 jestem na 2 miesięcznym rejsie na biegun północny. Będzie się działo.
buźka
20/05/2014
Bogota, Kolumbia
lalalalalalala, aaaaaaa!!!! jestem w Bogocie!!!!! po 5 latach wreszcie powróciłam do mojej ukochanej Bogoty, gdzie zostawiłam tyle cudownych wspomnień i szalonych przeżyć. Aż mi się łezka kręci w oku na samą myśl moich 3 najwspanialszych miesięcy w życiu. Mój kochany Pablito Papacito odebrał mnie z dworca i przygarnął w swoim domu, gdzie poznałam jego mamę i siostrę.
Nawet po 5 latach mam wrażenie jakbym tu była wczoraj. Wszystko takie podobne :)
Przez następne 9 dni spotykałam się z moimi cudownymi, kochanymi przyjaciółmi wspominając jak to było super, jak byliśmy młodzi i piękni :) Julian ma już cudowną rodzinę, jego brat jest już dorosłym kawalerem. Cristal wychodzi za mąz. Nawet Pablo sie ogarnął hahaha. Z Danielem już pierwszej nocy spontanicznie wylądowaliśmy na imprezie, taka mała podróż w czasie. Catherina ciągle zapracowana, ale też udało nam się spotkać i powspominać szalony Jarocin w Polsce.
Oczywiście jeszcze cała masa miejsc i ludzi została do odwiedzenia. Spotkałam się z Luisą, która była moją oazą na początku mojego pobytu w katolickim domu dla dziewcząt (z którego oczywiście bardzo szybko się wyprowadziłam 5 at temu...). Z moim kolegą profesorem Bernardo wybraliśmy się razem na Universidad de la Sabana, gdzie 5 lat temu pracowałam. Tutaj nic się nie zmieniło: Juan Pablo nadal uśmiechnięty, Gonzalo zapracowany, ale pokazał mi swoją antyramę z: Hall of Fame, gdzie jest moje zdjęcie hahaha.
Miałam również okazję spędzić trochę czasu z moją ukochaną rodziną kolumbijską, czyli z Mamą i bratem Juliana. Bardzo mi pomogli na początku mojego pobytu 5 lat temu i sprawili, że czułam się bezpiecznie i rodzinnie. Teraz Pablo i jego Mama dbają, abym czuła się jak w domku. Tu jest poprostu wspaniale. Ludzie są otwarci, chętni do życia. Tego się nie da opisać słowami. Spotkanie z Cristal na babskich plotkach przy cudownej Margarita oraz na śmiesznym piwku z Andersonem.
Masakra, nie wiem jak ja stąd wyjadę. Już cieszę się przez łzy, że niedługo będę w Polsce, bo strasznie się stęskniłam, ale na myśl o pożegnaniu z Ameryką Południową i najpiękniejszą przygodą życia kraja mi się serducho.
Nawet po 5 latach mam wrażenie jakbym tu była wczoraj. Wszystko takie podobne :)
Przez następne 9 dni spotykałam się z moimi cudownymi, kochanymi przyjaciółmi wspominając jak to było super, jak byliśmy młodzi i piękni :) Julian ma już cudowną rodzinę, jego brat jest już dorosłym kawalerem. Cristal wychodzi za mąz. Nawet Pablo sie ogarnął hahaha. Z Danielem już pierwszej nocy spontanicznie wylądowaliśmy na imprezie, taka mała podróż w czasie. Catherina ciągle zapracowana, ale też udało nam się spotkać i powspominać szalony Jarocin w Polsce.
Oczywiście jeszcze cała masa miejsc i ludzi została do odwiedzenia. Spotkałam się z Luisą, która była moją oazą na początku mojego pobytu w katolickim domu dla dziewcząt (z którego oczywiście bardzo szybko się wyprowadziłam 5 at temu...). Z moim kolegą profesorem Bernardo wybraliśmy się razem na Universidad de la Sabana, gdzie 5 lat temu pracowałam. Tutaj nic się nie zmieniło: Juan Pablo nadal uśmiechnięty, Gonzalo zapracowany, ale pokazał mi swoją antyramę z: Hall of Fame, gdzie jest moje zdjęcie hahaha.
Miałam również okazję spędzić trochę czasu z moją ukochaną rodziną kolumbijską, czyli z Mamą i bratem Juliana. Bardzo mi pomogli na początku mojego pobytu 5 lat temu i sprawili, że czułam się bezpiecznie i rodzinnie. Teraz Pablo i jego Mama dbają, abym czuła się jak w domku. Tu jest poprostu wspaniale. Ludzie są otwarci, chętni do życia. Tego się nie da opisać słowami. Spotkanie z Cristal na babskich plotkach przy cudownej Margarita oraz na śmiesznym piwku z Andersonem.
Masakra, nie wiem jak ja stąd wyjadę. Już cieszę się przez łzy, że niedługo będę w Polsce, bo strasznie się stęskniłam, ale na myśl o pożegnaniu z Ameryką Południową i najpiękniejszą przygodą życia kraja mi się serducho.
Subscribe to:
Posts (Atom)










