Następnego dnia ruszamy takim samym rodzinnym składem do miasteczka Copacabana nad Jeziorem Titicaca. Jezioro to w większej części leży po stronie Boliwii i ta część nazywana jest Titi, ta po stronie Peru to zwykła Caca :p
Julio jest super przewodnikiem i opowiada historie pielgrzymek do Copacabana w Święta Wielkanocne, coś na styl naszych pielgrzymek do Częstochowy. Zwiedzamy przepiękny kościół z XVI wieku i małe muzeum. Obowiązkowym punktem wycieczki jest zjedzenie przepysznej rybki Trucha na Islas Flotantes, czyli pływających wyspach. Jeziorto robi ogromne wrażenie, nie widać brzegu po drugiej stronie.
Wracając do La Paz stoimi w ogromnym korku, gdzie z jednego pasa robi się pięć i obowiązuje tylko jedna zasada: kto pierwszy lub większy ten lepszy...
To był naprawdę cudowny weekend spędzony w miłej rodzinnej atmosferze. Susan i jej rodzina jest przecudowna i aż łezka się w oku kręci, że niedługo trzeba będzie się żegnać. Też mi już bardzo tęskno za moją rodzinką w Polsce.
13/04/2014
08/04/2014
La Paz, Boliwia
Po dłuuugiej drodze wreszcie docieram do La Paz. Susana odbiera mnie z dworca i idziemy na pyszną kawkę. Następnie powoli poznaję wszystkich członków rodziny: Julio, Fabian, Ariel, Miguel i przesłodka Lucia. Jest tak podobna do mojej chrześnicy, że ciągle chcę do niej wołać Kasia. Wieczorem idziemy na imprezę urodzinową do Dziadka i mam okazję spróbować pyszne Choclo własnej roboty. Przez kolejne dni zwiedzam La Paz razem z Susaną. Jestem pełna podziwu jej cudownej organizacji, 4 dzieci i własna firma i jeszcze tyle czasu znalazła dla mnie. Dzięki Susan próbuję całą masę lokalnych smakołyków: api con empanada con maiz, anticucho corazones (tak tak jadłam serca z grilla) itd. Samo La Paz bardzo miło mnie zaskoczyło i jest naprawdę super miastem, mimo swojego ogromu, jest czysto, spokojnie i ładnie. Położone jest na wysokości 3600 metrów n.p.m. Przy słonecznej pogodzie ma się przepiękny widok na ośnieżone szczyty Illimani. Susan jest super przewodnikiem i zabiera mnie na Plaza Murillo wraz z Palacio Legislativo i Palacio Presidencial oraz do muzeum Litoral (metali szlachetnych, Casa de Murillo, historii wojny o Pacyfik). Sama wybieram się jeszcze do Muzeum Folkloru. W weekend ruszamy całą rodziną do Coroico w rejonie Yungas. Susana zaczyna szkolenie w La Paz, więc niestety z nami nie jedzie. Wcześniej w tym rejonie była Death Road, czyli najbardziej niebezpieczna droga na świecie. Teraz służy jedynie jako atrakcja turystyczna. Ja daruje sobie zjeżdżanie rowerem po tej trasie, w sumie jakby nie patrzeć to większość dróg w Ameryce Południowej jest niebezpieczna... Wystarczają mi przepiękne widoki z nowej, bezpiecznej trasy.
Docieramy do Coroico - ślicznego miasteczka położonego na wzgórzu. Jako, że dziś tj. 12.04 jest Dzień Dziecka w Boliwii oglądamy pokazy magików i klaunów. Ruszamy w stronę przepięknego wodospadu a następnie na super smaczny obiadek, próbuję Charque i Cerdo Odovado a na deser pyszne lody. Po tak ciężkim dniu pełnym wrażeń ruszamy na zasłużony odpoczynek nad basenem.
Docieramy do Coroico - ślicznego miasteczka położonego na wzgórzu. Jako, że dziś tj. 12.04 jest Dzień Dziecka w Boliwii oglądamy pokazy magików i klaunów. Ruszamy w stronę przepięknego wodospadu a następnie na super smaczny obiadek, próbuję Charque i Cerdo Odovado a na deser pyszne lody. Po tak ciężkim dniu pełnym wrażeń ruszamy na zasłużony odpoczynek nad basenem.
01/04/2014
Rurrenabaque, Boliwia
Do rana znalazł się mój plecak, ale niestety za to odwołano moją wyprawę ze względu na strajki i złe warunki pogodowe. No cóż mam zrobić, czeka mnie kolejny ciężki dzień nad basenem :p Kolejnego dnia, znowu szczęście nie dopisuje, ale poznaję super fajną Emme z Irlandii i wspólnie czekamy na start.
W końcu 4. kwietnia ruszamy na Pampas, po drodze mijając Reyes i Santa Rosa. Najpierw 4h po bardzo wyboistej i zakurzonej drodze gdzie ze 3 razy się zakopujemy i ledwo oddychamy. Po czym przenowimy się na rzekę Yacuma, która będzie naszym domem na kolejne kilka dni. W naszym domku nad rzeką przez podłogę widać aligatora, więc jest rześko, nie planuję wychodzić w nocy na siusiu :p
Wieczorem ruszamy na nocne safari, świecenie latarką i wynajdywanie świecących oczów kajmanów, aligatorów i innych stworzej jest całkiem mocnym przeżyciem. Cała frajdę psują nam komary mordercy, które dosłownie nas zjadają przez ubranie, ani spray deet 50 ani dlugi rękaw nic nie dają. Przez kolejne dni podziwiamy całą masę przepięknych ptaków, żółwi, małp, delfinów itd. Pierwszy raz w życiu łowię piranię, które wieczorem jemy na kolację. Tam gdzie są delfiny nie ma piranii i aligatorów (przynajmniej teoretycznie) więc wskakujemy do rzeki. Przecudowne miejsce i z całego serca polecam, niestety po tym raju czeka mnie ponad 20h podróż autobusem do La Paz. Całe szczęście podróżuje ze mną Paige i Lewis z UK, więc coś się dzieje. Autobus psuje się i zakopuje pare razy, ale to chyba nikogo nie dziwi.

W końcu 4. kwietnia ruszamy na Pampas, po drodze mijając Reyes i Santa Rosa. Najpierw 4h po bardzo wyboistej i zakurzonej drodze gdzie ze 3 razy się zakopujemy i ledwo oddychamy. Po czym przenowimy się na rzekę Yacuma, która będzie naszym domem na kolejne kilka dni. W naszym domku nad rzeką przez podłogę widać aligatora, więc jest rześko, nie planuję wychodzić w nocy na siusiu :p
Wieczorem ruszamy na nocne safari, świecenie latarką i wynajdywanie świecących oczów kajmanów, aligatorów i innych stworzej jest całkiem mocnym przeżyciem. Cała frajdę psują nam komary mordercy, które dosłownie nas zjadają przez ubranie, ani spray deet 50 ani dlugi rękaw nic nie dają. Przez kolejne dni podziwiamy całą masę przepięknych ptaków, żółwi, małp, delfinów itd. Pierwszy raz w życiu łowię piranię, które wieczorem jemy na kolację. Tam gdzie są delfiny nie ma piranii i aligatorów (przynajmniej teoretycznie) więc wskakujemy do rzeki. Przecudowne miejsce i z całego serca polecam, niestety po tym raju czeka mnie ponad 20h podróż autobusem do La Paz. Całe szczęście podróżuje ze mną Paige i Lewis z UK, więc coś się dzieje. Autobus psuje się i zakopuje pare razy, ale to chyba nikogo nie dziwi.

28/03/2014
Cochabamba, Boliwia
J z Korei postanowiła dłużej zostać w Sucre i nauczyć się szydełkowania, Anna z Austrii i Emily i Fred z UK ruszali do La Paz a ja do Cochabamba. Szkoda, że już się wszyscy rozjeżdzamy, ale takie życie podróżnika. Nie chciałam odpuszczać, bo już i tak nie pojechałam do Oruro, bo poza karnawałem niewiele tam do zwiedzenia. Oczywiście znowu miałam cudowne "nocne" połączenie dotarło do Cochabamba o 4.30 rano. Czyli znowu ciemno, zimno i strasznie. Świetnie, cudownie poprostu. Przeczekałam na dworcu do wschodu słońca i ruszyłam na zwiedzanie. Pałac Simon Portales i Cristo de la Concordia, czyli kolejna statuła Chrystusa na wzgórzu :) Jednak ta nasza w Świebodzicach, czy ta w Rio robi większe wrażenie. Ciepło, słonecznie i aż miło połazić po mieście. Spotkałam Josephę z Niemiec poznaną na Uyuni. Planowo jutro mam ruszać z samego rana autobusem do La Paz. Jak się szybko okaże planować to ja sobie mogę długo i namiętnie. Jak rano dotarłam na dworzec okazało się, że są strajki i cała Boliwia stoi, może dziś, może jutro, kto wie...
Szkoda mi było marnować czas więc kupiłam bilet na samolot na następny dzień: Cochabamba-La Paz-Rurrenabaque. Pierwszy lot, całe szalone 40 minut, jako, że planowo miałam parę godzin w La Paz to skoczyłam do centrum zorganizować sobie tour w Amazonii i spotkać się z Susaną (moją Boliwijską rodziną). Powtórka z rozrywki: planować to ja sobie mogę :) okazało się, że mo drugi lot jest odwołany i przerzucili mnie na wcześniejszy samolot. W mega pośpiechu wracam na lotnisko, mam ze sobą tylko bagaż podręczny w kurtką zimową itd. czyli z rzeczami które miałam zostawić u Susany. Główny plecak nadałam już w Cochabamba. Po odprawie kolejna heca: jednak się pomylili i nie ma dla mnie miejsca w samolocie, znowu cała zorganizowana akcja, wyciąganie plecaka z samolotu, załatwianie mi hotelu itd. Po czym przyszedł szef wszystkich szefów i zarządził, że lecę. Wepchnęli mnie do samolotu w ostatniej sekundzie. Do Rurre doleciałam w 40 stopniowym upale jedynie z bagażem podręcznym, w którym czapka, rękawiczki i kurtka - świetnie :) pomknęłam skuterkiem do hostelu i trochę czując się jak Tom Hanks z Cast Away zaczęłam przeszukiwać plecak w poszukiwaniu skarbów: jest super, okazuje się, że też jest bikini, więc tragedii nie ma, czekając na bagaż (coś czuje, że tydzień będą go szukać) idę relaksować się na basen.
Szkoda mi było marnować czas więc kupiłam bilet na samolot na następny dzień: Cochabamba-La Paz-Rurrenabaque. Pierwszy lot, całe szalone 40 minut, jako, że planowo miałam parę godzin w La Paz to skoczyłam do centrum zorganizować sobie tour w Amazonii i spotkać się z Susaną (moją Boliwijską rodziną). Powtórka z rozrywki: planować to ja sobie mogę :) okazało się, że mo drugi lot jest odwołany i przerzucili mnie na wcześniejszy samolot. W mega pośpiechu wracam na lotnisko, mam ze sobą tylko bagaż podręczny w kurtką zimową itd. czyli z rzeczami które miałam zostawić u Susany. Główny plecak nadałam już w Cochabamba. Po odprawie kolejna heca: jednak się pomylili i nie ma dla mnie miejsca w samolocie, znowu cała zorganizowana akcja, wyciąganie plecaka z samolotu, załatwianie mi hotelu itd. Po czym przyszedł szef wszystkich szefów i zarządził, że lecę. Wepchnęli mnie do samolotu w ostatniej sekundzie. Do Rurre doleciałam w 40 stopniowym upale jedynie z bagażem podręcznym, w którym czapka, rękawiczki i kurtka - świetnie :) pomknęłam skuterkiem do hostelu i trochę czując się jak Tom Hanks z Cast Away zaczęłam przeszukiwać plecak w poszukiwaniu skarbów: jest super, okazuje się, że też jest bikini, więc tragedii nie ma, czekając na bagaż (coś czuje, że tydzień będą go szukać) idę relaksować się na basen.
26/03/2014
Sucre, Boliwia
Po chłodnym Potosi wybieram się do Sucre, gdzie mam się spotkać z J z Korei.
Trafiam do baaardzo przyjemnego hostelu: Gringos Rincon i postanawiam, że sobie troszkę odpocznę i zrelaksuję w Sucre. Miasto jest oficjalną stolicą Boliwii, mimo, że większośc działań odbywa się w La Paz. Miła, studencka atmosfera. Razem z J powoli zwiedzamy miłe uliczki, Recoletę i jemy pyszne jedzonko za 1$ na markecie. Zwiedzamy bardzo interesujące muzeum tekstylii i historii Boliwii. Dołącza do nas wcześniej poznana przeze mnie Anna z Austrii.
Łącznie zostaję w Sucre 4 dni i spokojnie mogłabym tu zostać jeszcze z parę miesięcy :)
Jaka radość następuje jak niespodziewanie spotykam Emilly i Freda z UK, których poznałam w Urugwaju i już parę razy spotkałam po drodze :)
Trafiam do baaardzo przyjemnego hostelu: Gringos Rincon i postanawiam, że sobie troszkę odpocznę i zrelaksuję w Sucre. Miasto jest oficjalną stolicą Boliwii, mimo, że większośc działań odbywa się w La Paz. Miła, studencka atmosfera. Razem z J powoli zwiedzamy miłe uliczki, Recoletę i jemy pyszne jedzonko za 1$ na markecie. Zwiedzamy bardzo interesujące muzeum tekstylii i historii Boliwii. Dołącza do nas wcześniej poznana przeze mnie Anna z Austrii.
Łącznie zostaję w Sucre 4 dni i spokojnie mogłabym tu zostać jeszcze z parę miesięcy :)
Jaka radość następuje jak niespodziewanie spotykam Emilly i Freda z UK, których poznałam w Urugwaju i już parę razy spotkałam po drodze :)
Subscribe to:
Posts (Atom)








































