11/05/2014

Alausi, Ekwador

Długo się zastanawiałam, czy zatrzymywać się w Alausi czy jechać bezpośrednio do Baños. Jako, że I tak już na maksa skróciłam zwiedzanie Ekwadoru, postanowiłam, że jednak się zatrzymam na chwil;kę w tym małym miasteczku i odwiedzę jego główną atrakcję, czyli przejazd pociągiem po trasie: Nasal del Diablo, czyli Nos Diabła. Bardzo się cieszę, że podjęłam taka decyzję, bo było super, turystycznie ale prześlicznie. Mój autobus "wyrzucił" mnie na autostradzie, ale już po paru krokach znalazłam się w centru, Od razu miłe powitanie i uśmiechnięci lokalesi, bardzo pomocni i witający w swojej wiosce. Z rana wybieram się na przejażdżkę pociągiem, jest to jedna z piękniejszych i trudniejszych tras na świecie. W pociągu spotykam przemiłą rodzinę z Kolumbii i zabawnego Christiana z Niemiec, który fajnie podsumował jak mu opowiedziałam swoją historię w mega skrócie: "ooo, ja też już przeszedłem na emeryturę", ba, coś w tym jest.
Wokól trasy krązy cała masa diabelskich legend. Jak docieramy do Sibambe witają nas roztańczeni lokalesi. Wszystko mega turystyczne, ale ma swój klimat. Jeszcze chwilę się pokręciłam po miasteczku i ruszyłam do Baños.











08/05/2014

Cuenca, Ekwador

Wymęczona podróżą i stresami na granicy dotarłam do bardzo przyjemnego i nie wiedzieć dlaczego pustego hostelu. Wreszcie na spokojnie nadrobiłam parę wpisów na blogu i bardzo szybciutko padłam spaciu. Raniutko pełna sił i energii ruszyłam na zwiedzanieruin Ingapirca. Mimo, iż daleko im do Machu Picchu, to z pewnością są warte odwiedzenia. Mój super lokalny autobus odmawia posłuszeństa w szczerym polu, ale udaje mi się wymusić zwrot pieniędzy i wskoczyć do kolejnego. Dosłownie wskoczyć, bo oni tu tylko zwalniają. W nowym autobusie poznaję Shivangi z Indii i Jake`a z Brianna z US i wspólnie zwiedzamy te największe ruiny w Ekwadorze. W cenie biletu jest przewodnik, więc można się dużo dowiedzieć. Po powrocie do Cusco wygrywa lenistwo i wskakuję na hop on bus i jeżdzę autobusem turystycznym dookoła miasta i słucham kolejnego przewodnika. Miło tak czasem sobie posiedziec :)
Nie umiem odpuścić i następnego dnia ruszam do słynnego Parku Narodowego Cajas. Razem ze mną jedzie poznana w hostelu Linda z Niemiec. W Ekwadorze jest teraz pora deszczowa, więc rangersi parku pozwalają nam jedynie na ruszenie trasą do jeziora. Trochę taplamy się w błocie, ale spokój i cisza wokół nas jest nieziemska. Przy tej pogodzie park wygląda dosyć mrocznie. Powrót do Cuenca okazuje się nielada wyzwaniem, bo żaden z mijających nas autobusów nie chce się, nie wiedzieć czemu, zatrzymać. Spotykamy jeszcze Isabelle z Niemiec i zabawną rodzinę z Meksyku. W Cuenca cudowna pogoda i aż miło jeszcze chwilke połazić i pozwiedzać. Późnym wieczorem wyruszam do Alausi.











Aguas Verdes & Huaqillas, Peru & Ekwador

Masakra, masakra, masakra. Wiedziałam, że mój plan dojechania do granicy Peru z Ekwadorem i tam szukania kolejnego do Cuenca nie należy do najlepszych, ale aż takiego bałagany i syfu to ja się nie spodziewałam. Wszyscy mnie ciągali, nikt nie chciał pomóc i dawali mi błędne informacje, żeby tylko naciągnąc na taksówkę za 10 dolarów. Masakra. W końcu poprosiłam policję o pomoc. Ładnie mnie odprowadzili na oficjalną taksówkę za 2,5 dolara. Taksówkarz jednak okazał się małym psycholem. Całe szczęście zachowałam zimną krew i wszystko dobrze się skończyło. Nie będę wchodzić w szczegóły opowieści, żeby Was nie denerwować. Na granicy poznałam jeszcze dwie dziewczyny z Kanady, które dzień wcześniej prawie zostały okradzione, więc rzeczywiście bezpiecznie to tu nie jest. Udało mi się znaleźć bezpośredni autobus do Cuenca, wiec uffff uciekam z tego bałaganu.

07/05/2014

Huanchaco, Peru

Przykro było żegnać się z Anią po 2,5 tygodniach wspólnego wędrowania. Dosłownie wędrowania, bo razem przeszłyśmy Salkantay, Colca Kanion i Santa Cruz. Ruszyłam "nocnym" autobusem do Trujillo. O 5 rano jak dotarłam na dworzec spotkałam Adama z US i Jorka z Niemiec. Po dłuższych perturbacjach postanowiłam odpuścić sobie mega turystyczną Mancorę pełną przystojnych i opalonych surfingowców (ale dlaaaczego??). Na samą myśl o kolejnej pół nocnej podróży robiło mi się słabo. Poza tym kruchop u mnie z czasem, więc postanowiłam od razu uderzyć do granicy z Ekwadorem i czekając na nocny autobus spędzić relaksujący dzień w małym miasteczku nad oceanem - Huanchaco. Naganiacze do restauracji dosłownie się o nas pobili, ale razem z Jorkiem wybraliśmy jednak restaurację kolumbijską. Tak to ja mogę "zabijać czas", plaża, słoneczko, opalanie i szum oceanu. Przepiękny zachód słońca, chyba tym piękniejszy, że jeden z ostatnich przed wyprawą na biegun. Niestety wieczorkiem smutny powrót do rzeczywistości i syfny, nocny autobus do Aguas Verdes i Huaquillas.












01/05/2014

Huaraz & Santa Cruz, Peru

Docieramy o 6 rano i zgodnie stwierdzamy, że należy nam się solidny odpoczynek. Szelejemy, bo aż cały dzień spędzamy na spokojnie. Ruszamy na market na śniadanie, ale znalezienie czegoś jadalnego dla nas o tej porze dnia okazuje się nie lada wyzwaniem. Peruwiańczycy bowiem o 7 rano na ichniejsze śniadanie jedzą smażonego kurczaka lub zupę gotowaną na głowie chyba lamy. No cóż, zawsze można znaleźć pyszne soki naturalne.
Wstępnie planowałyśmy wybrać się na trek Santa Cruz same, ale po podliczeniu kosztów okazało się, że lepiej dołączyć do zorganizowanej grupy niż iść na własną rękę. Trasa wygląda na sporo łatwiejszą niż Salkantay czy kanion Colca. Są to tylko 4 dni i jedno przejście na 4750 metrów. W grupie mamy 6 sympatycznych Izraelitów i już mniej symaptycznych 2 kolesi z Danii i jednego ze Stanów. Pierwszego dnia jazda busikiem i treking trwają po 5h, więc długi, ale łatwy dzień. Widoki są poprostu niesamowite. Nic dziwnego, że Santa Cruz jest uznawany za jedną z piękniejszych tras na świecie. Szkoda, że zdjęcia nie oddają tego piękna w wystarczający sposób. Niestety pod wieczór zaczyna mocno padać, więc namiot i śpiworu dosłownie pływają. Dzień drugi należy do najpiękniejszych, ale też do najtrudniejszych i najdłuższych. Pogoda nam stanowczo nie dopisuje, tak naprawdę to totalna masakra. Bardzo mocno pada i prawie zero widoczności. Na pasażu 4750 metrów zaczynam zamarzać. Śnieg z deszczem i do tego wiatr. Czuję się jak w Patagonii. Do kempingu jeszcze parę godzin marszu, a ja mogę swoje buty dosłownie wyżymać. Po dotarciu do bazy dopiero po 30 minutach się rozmrażam. Namioty mokre i wilgotne śpiwory. Strasznie zimno. Powraca mój niezłomny przyjaciel z Patagoni - Jumping Jack, czyli nasz polski pajacyk. Po paru podskokach dopiero można wejść do śpiwora. Ziiiimno!!! Z Anią robimy trochę pimp my tent, wiążemy sznurki w środku i używamy poncha jako podłogi i jest stanowczo lepiej.
Całe szczęście następnego dnia się rozpogadza. Stara sprawdzona metoda na suche skarpetki i siatki plastikowe w mokrych butach sprawdza się świetnie. Trochę wiocha, ale kto by na to patrzył w takich warunkach. Widoki niezmiennie przecudowne. Bardzo żałuję, że wczoraj nic nie było widać. Ostatni dzień już jest bardzo słoneczny, ale to już tylko parę godzin trekkingu i powrót do Huaraz na kolejne pycha ceviche i wielkie ciastko czekoladowe. Pożegnalny wieczór z Anią i organizowanie lotów do Polski.
Oj dzieje się, dużo się dzieje...

























30/04/2014

Lima, Peru

Nie planowałam zwiedzać Limy, ale żeby przedostać się z idyllicznego kanionu Colca do Huaraz w Cordiliera Blanca musiałyśmy przesiąść się właśnie w Limie. Najpier 6 godzin z Cobanaconda do Arequipa, gdzie na szybko ziwedziłyśmy to ogromne miasto. Następnie 16 godzin do Limy, więc nawet miło było się na chwilę przejść. Lima to ogromne miasto, tak naprawdę jeden wielki bazar. Udaje nam się znaleźć przepyszne ceviche i zwiedzić stare miasto. Cieszę się, że nie zostajemy tu na dłużej. Ruszamy kolejnym nocnym autobusem do Huaraz.