17/09/2016

Decision taken! Time to spread my wings again :)



It took me a while to finally take a decision of going for another big trip. It is never an easy choice, as a “normal life” has also something interesting to offer. Stability, comfort, money and of course your family and your good, old friends around… but there is always WANDERLUST in me. When I am not feeding “it” it is slowly growing and growing and asking for more. Until my passion for travel simply explode and reach the point: it is now on never! Do it! Do it now! Do not waste more time. Live your dreams, see the world, sail the seas, climb the mountains. Do what you love, what you are passionate about. 2 weeks’ vacation? Forget about it, I need more, undefined. It is not about the time, it is more about the feeling behind. When I do not have the return ticket, I do not need to plan around any specified date. It gives me freedom. It makes me calm and let me enjoy the journey not only the destination. This time finally came again. I am extremely happy and excited. My to do list is scaring me, but come on, there should not be any stress. Now good days are about to come :)
This time I decided to write/record in English, so a great majority of my friends can join me in my trip.
During so many trips and months I lived abroad I met hundreds of amazing people, from whom I learned a lot and who let me spread my wings. Now I want them to see where those experiences brought me.
I want you to be a part of my trip, give advices and motivate me to be always so energetic in my life.
Still no exact plan for a trip but slowly my map is up to date :)



27/10/2014

Reality?? Noooo i don`t want to grow up!!! Kolonia



Apetyt rośnie w miarę jedzenia a mój na podróże w jakimś zatrważającym tempie. Jak odwiedzisz jedno miejsce na ziemi, to nie znaczy, że masz jedno mniej do zwiedzenia, a raczej 5 dodatkowych, bo zawsze ktoś o czymś opowie i tadam Kasia znowu zaczarowana/oczarowana.
Po wszystkich wyjazdach „niechcący” dostałam pracę w firmie Procter & Gamble. Powrót do pracy w korporacji był ostatnią rzeczą o jakiej marzyłam, ale jednocześnie otwierał możliwość wyjazdu na kontrakt expata do Niemiec.Więc efekt WOW stanowczo był...
Oczywiście propozycję przyjęłam i dosłownie w ciągu kilku dni byłam już w Kolonii. W sumie niewiele się zmieniło. Autobus zamieniłam na samochodzik, namiot na hotel, plecak na walizke a trapery na szpilki hahahaha
Nadal co tydzień mieszkałam w innym miejscu i jak w końcu od połowy grudnia czyli dokładnie po roku od rozpoczęcia tułaczki dostałam mieszkanko w sercu Kolonii poczułam trochę ulgę. Nie musiałam się nadal pakować i rozpakowywać. Mogłam kupić jedzenie czy kwiatki. Takie to proste, ale sprawiało bardzo dużo przyjemności. Mogłam po pracy pójść na basen i mniej więcej zaplanować kolejne dni. Trochę mi jednak tego brakowało. Powoli zaczęłam „rzucać kotwicę” i prowadzić regularny tryb życia. Poszłam do kina, na piwo, poznawałam nowych ludzi. Poznawałam miasto, które bardzo mi się podobało. Rok w Kolonii minął mi równie szybko jak i ten w podróży. W pracy  było bardzo ciężko, ale po pracy spędzałam mega fajne chwile. Czułam się jak na Erasmusie hahahaha. A zwłaszcza podczas karnawału jak odwiedziła mnie Ania, Selen i Shahin :)
W między czasie skoczyłam do Lizbony, Holandii, Rzymu, Belgii, Wiednia, Francji, Gruzji, Turcji i Grecji :) przygotowałam się do Triathlonu, przyjęłam sporą liczbę odwiedzających i nacieszyłam się piknikami w okolicy Kolonii. Poznałam wielu nowych przyjaciół i znajomych z Ela, Agą, Ingo, Emilem, Normą, Jose i Raoulem na czele. Co jak co, ale nudą nie wiało :)
Ten powrót do normalności wcale nie był taki straszny, dzięki temu, że ciągle było coś nowego. Nie była to dobrze mi znana Warszawa, ale Kolonia, w której musiałam poznać nowe miejsca i ludzi. Rozmawiać po niemiecku, hiszpańsku i angielsku. Ciągle była to namiastka podróży i przygody. Wspaniałej przygody, którą będę do końca życia wspominać z uśmiechem na twarzy. Szkoda tylko, że moi przyjaciele: Patti i Maciek przeprowadzili się do Kolonii w dniu mojej imprezy pożegnalnej...


 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

30/08/2014

Ach co to był za ślub



Pod koniec sierpnia 2014 po powrocie z nieziemskiego Svalbardu miałam zaszczyt być świadkową na ślubie moich Przyjaciół Ewy i Artura, którzy bardzo słusznie aż przez tydzień :) świętowali ten „najważniejszy dla nich dzień” Miejsce też wybrali nietuzinkowe, bo Wyspę Kos w Grecji. Oczywiście bez przygód się nie obyło, więc jest co wspominać. Pomijając wszystkie zawirowania finał jest taki, że udało nam się zorganizować wyjątkową ceremonię w parę godzin. Wspaniała uroczystość, piękna Para Młoda i oczywiście jeszcze piękniejsi Świadkowie :) Wedding Panda zrobiła furorę na całej wyspie a ilość stresu, towarzysząca nam w tych błyskawicznych przygotowaniach przyprawiła nas wszystkich o zawał serca.
Jak już wybiła godzina 0 i w ostatnim rzucie doczepiliśmy butonierkę i wstaliśmy aby powitać Państwa Młodych wzruszenie ogarnęło wszystkich. Piękna plaża, szum fal oraz zachód słońca w tak romantycznej chwili to jedynie wisienka na torcie. Po ceremonii udaliśmy się na kolację a później już imprezę do białego rana. Widok skaczącej Ewy w sukni ślubnej przy rytmach Nirvany był bezcenny. Karły też załatwiliśmy hahahaha. Kolejne dni mogliśmy odpocząć, nacieszyć się widokami i towarzystwem długo niewidzianego Maćka oraz kibicować w wyjątkowej sesji zdjęciowej na żaglach. Cudowne emocje, zaszczyt i wspomnienia na całe życie. Teraz jedynie zostaje nam kibicować, aby Ewa z Arturem zawsze z taką łatwością pokonywali trudności i tak bardzo potrafili cieszyć się wspólnymi chwilami (ze Świadkami oczywiście hahaha).
Sama Grecja jak zwykle była cudowna, ciepła, pełna pycha jedzenia i wyluzowanych ludzi. Jedyne czego nie ogarniam, to dlaczego tam na każdym rogu jest sklep z futrami.
W przypadku propozycji współpracy przy organizacji ślubu w Grecji jesteśmy do Państwa dyspozycji. :0


22/08/2014

Życie po podróży



Tadam, wiem wiem rychło w czas, ale nie ukrywam, że nie było łatwo…
Minęło już ponad 1,5 roku od mojej wspaniałej wyprawy i mimo, że mój „Wanderlust” był nieco karmiony, teraz powróciła wena i potrzeba ponownego skupienia się na podróżach.
Zanim wyruszę na nową wyprawę postanowiłam podsumować te paręnaście ostatnich miesięcy mojego „ zwyczajnego” życia. Zwyczajnego w cudzysłowie oczywiście, bo ani tak do końca zwyczajne nie było, ani nie chciałabym, żeby słowo zwyczajne miało wydźwięk pejoratywny.
Ostatnie miesiące podróży spędziłam w jedynym w swoim rodzaju miejscu: Svalbardzie, które jest wyjątkowo hermetycznym środowiskiem. Najlepszym przykładem może być, że w Polskiej Stacji Polarnej Hornsund spotkałam mojego znajomego, a po powrocie z Longyearbyen dostałam w prezencie od mojego serdecznego kolegi Szymona książkę Ilony Wiśniewskiej pt. „Białe”.
Ilonę miałam okazję poznać osobiście, tak jak i wielu innych bohaterów książki. Spędziłam parę wieczorów z Krysią, Królikiem czy Marcinem. Poznałam cała masę kolegów z budowy akademika z Michałem i Jorge na czele, którzy mi bardzo pomogli. Zabawny jest fakt, że w Longyearbyen alkohol kupuje się na kartki a ceny w barze są co najmniej z kosmosu. Ja miałam kartki i aż 2 tygodnie do wylotu, więc poznałam wszystkich mieszkańców tego niewielkiego miasteczka. Na Spitsbergenie wszyscy się znają, szanują i pomagają sobie. Kiedyś tam wrócę i znowu popatrzę daleko daleko za horyzont z Cukrowej Góry :) no i obiecuję nadrabiać zaległości...

01/07/2014

Hornsund 2, Svalbard

W Fiordzie Hornsund spędzamy jeszcze jeden dzień odwiedzając chatkę traperską. Trzeba tu bardzo uważać, ponieważ praktycznie wszystko (może oprócz oczywistych śmieci w postaci plastikowych butelek) jest tu chronione. Dodatkowo zawsze trzeba mieć przy sobie broń, w razie konieczności obrony przed niedźwiedziem polarnym. Taka troszkę inna rzeczywistwość.